W połowie kwietnia 1946 roku do ówczesnej wsi Wielichowo (obecne Wielgowo) i Sławociesza przybyła grupa repatriantów ze wsi Zubrza pod Lwowem wraz ze swoim kapłanem księdzem kan. Mieczysławem Bryczkowskim. Przywieźli ze sobą sprzęt liturgiczny, chorągwie, figury i paramenty kościelne. Wkrótce dołączyli do nich repatrianci z Rzęsnej Polskiej, także spod Lwowa.
Żyją jeszcze bohaterowie tamtych pionierskich czasów. Doskonale pamiętają „kraj lat dziecinnych”.
Z Kresów Wschodnich na Pomorze Zachodnie
Na konferencji w Jałcie postanowiono kresy wschodnie II Rzeczypospolitej przyłączyć do Związku Radzieckiego. Po zakończeniu II Wojny Światowej Polacy zamieszkujący te ziemie od Dziada-Pradziada znaleźli się nagle poza swoją ojczyzną. Jesienią 1945 roku władze Związku Radzieckiego rozpoczęły kampanię propagandową na rzecz repatriacji Polaków na tak zwane „Ziemie Odzyskane”. Odmowa wyjazdu była jednoznaczna z podpisaniem obywatelstwa Radzieckiego. Rodzice moi, jak i 90% mieszkańców wsi Zubrza kierując się odwiecznym patriotyzmem postanowili wyjechać do Polski. Po załatwieniu wszystkich formalności w Urzędzie Repatriacyjnym wiosną 1946 roku w marcu pierwszy transport Zubrzanów ze stacji kolejowej w Sichowie wyruszył na Zachód. Od tej pory średnio co dwa tygodnie odjeżdżały następne transporty – było ich w sumie pięć. Nasz transport był trzecim z kolei – 5 kwietnia 1946 roku w 14 rocznicę moich urodzin wraz z rodziną ruszyliśmy w stronę granicy Polskiej.
Transportem jechało około 75 rodzin w wagonach towarowych. W oddzielnych wagonach towarowych był inwentarz żywy (konie, krowy, kury) oraz karma dla zwierząt i sprzęt rolniczy. Podróż przebiegała w miarę spokojnie. Pomimo, że jechaliśmy aż 17 dni, to żywności dla ludzi, jak i karmy dla zwierząt starczyło. Największym problemem była woda, tak dla ludzi, jak i dla zwierząt. Jedynym źródłem pozyskiwania wody były studnie na dworcach towarowych, zaopatrujące parowozy. Z higieną osobistą było nie najlepiej – prawie wszyscy nabawiliśmy się wszawicy. Na początku Wielkiego Tygodnia przed Świętami Wielkanocnymi dotarliśmy do Stargardu Szczecińskiego, gdzie po dwudniowym postoju zawieziono nas do Łobza z propozycją osiedlenia się tam. Z pozycji nie skorzystaliśmy i w Wielką Sobotę po raz drugi wylądowaliśmy w Stargardzie. Tym razem kolej definitywnie nakazała nam wyładunek na bocznicy dworca kolejowego. W międzyczasie zupełnie przypadkowo dowiedzieliśmy się, że Zubrzanie z poprzedniego transportu osiedlili się w Stanisławowie i Wielichowie (tak w tym czasie nazywały się Sławociesze i Wielgowo). Pertraktacje z koleją o odholowanie naszego transportu do Zdunowa skończyły się fiaskiem i w drugi dzień Świąt Wielkanocnych musieliśmy się wyładować na wyżej wspomnianej bocznicy. Pierwszy etap podróży dobiegł końca. Rozpoczęła się wędrówka ze Stargardu do Stanisławowa – Sławociesza. Z kramami po dziesięciu godzinach marszu pieszo dotarliśmy do celu tego samego dnia, natomiast zwiezienie całego dobytku furmankami zajęło ojcu kilka dni. Od tej pory Sławociesze i Wielgowo stały się największym skupiskiem Zubrzanów – (dwa transporty) + transport z Rzęsny Polskiej, którzy na Kresach Wschodnich zajmowali się głównie rolnictwem. Nic więc dziwnego, że i tu, na nowym miejscu kontynuowali swoje przywiązanie do ziemi.
Ponieważ nie samym chlebem człowiek żyje, zaszła konieczność zorganizowania szkoły i kościoła, których tak w Sławocieszu, jak i w Wielgowie nie było. Społeczeństwo samorzutnie zaadaptowało na te cele dwa budynki mieszkalne – jeden na szkołę podstawową, a drugi na kościół pod wezwaniem Św. Michała. Wszystkie prace związane z adaptacjami społeczność lokalna wykonała sama i bezpłatnie. Zbliżał się wrzesień, a co za tym idzie rozpoczęcie roku szkolnego i wtedy dopiero zdałem sobie sprawę, że kończą się moje najdłuższe wakacje szkolne, trwające prawie pół roku. Na podstawie świadectwa ukończenia trzech kwartałów siódmej klasy na wschodzie, zostałem przyjęty do drugiej klasy gimnazjalnej Państwowego Gimnazjum i Liceum im. M. Kopernika w Starym Dąbiu (tak wtedy nazywało się Szczecin-Dąbie). Założycielem Gimnazjum był ks. Świetliński, były więzień obozu w Oświęcimiu. Trzeba przyznać, że w tamtych czasach bardzo często to właśnie księża i kościół byli inicjatorami i ostoją organizowania się społeczeństw lokalnych.
W maju 1948 mieszkańcy Sławociesza postawili pierwszy krzyż przydrożny (stoi do dnia dzisiejszego) u zbiegu ulic Samopomocy Chłopskiej i Owsianej. Głównymi wykonawcami krzyża byli między innymi mój dziadek Antoni, mój ojciec Jan i p. A. Sala, ówczesny sołtys Sławociesza. Napis na krzyżu wykonany dłutem „BOŻE BŁOGOSŁAW MIŁEJ OJCZYŹNIE” i data „15.V.1948r” to dzieło mojej skromnej osoby. Poświęcenie krzyża było okazałą uroczystością, zakończoną wielkim festynem w miejscowym Domu Ludowym. Dom ten był miejscem spotkań miejscowej młodzieży organizującej występy artystyczne dla mieszkańców Sławociesza i Wielgowa. W tym samym czasie w Wielgowie powstała drużyna piłki nożnej, piłki siatkowej i sekcja lekkoatletyczna zrzeszone w LZS. Na owe czasy był to prężny klub, osiągający niezłe wyniki. Część lekkoatletów i siatkarzy znalazła się w reprezentacji naszego województwa na Mistrzostwach Polski Ludowych Zespołów Sportowych w 1952 roku w Krakowie.
Tych kilka wspomnień o tamtych czasach napisałem na prośbę mojej wnuczki Martynki, która obecnie ma też 14 lat, tak jak ja przed sześćdziesięcioma laty, kiedy na zawsze opuściłem strony rodzinne, w miłej nadziei, że kiedy ona za sześćdziesiąt lat pisząc o własnych wspomnieniach nie będzie musiała pisać o przykrych wydarzeniach, jakie były udziałem jej dziadków.
Tadeusz Konopczak
Sławociesze, 15.09.2006r
Wspomnienia napisane zostały z okazji 60-cio lecia Szkoły Podstawowej w Wielgowie
Ze Lwowa do Wielgowa
Ze wspomnień pani Katarzyny Jastrzębskiej:
„1 kwietnia 1946 r. we Lwowie ogłoszono ewakuację przymusową. Wszyscy mieszkańcy Lwowa i jego okolic, zmuszeni byli do natychmiastowego opuszczenia swoich posiadłości. Tego dnia cała grupa repatriantów, w tym ja i moja najbliższa rodzina, zostaliśmy wywiezieni na stację do Lwowa, mieszczącą się przy ulicy Gródeckiej. Każda rodzina mogła wziąć tylko dwie tony swojego dobytku (m.in. zwierzęta, narzędzia rolnicze, paszę dla zwierząt). Nasz pobyt na stacji trwał całą dobę, gdyż nie przyjechał pociąg, który miał nas wywieźć na Ziemie Zachodnie. Po przybyciu pociągu towarowego, mnie, męża i całą rodzinę wraz z bagażami wsadzono do wagonu z innymi trzema rodzinami. Natomiast na bydło, trzodę chlewną i sprzęt rolniczy, były osobne wagony. W całym składzie pociągu był jeden wagon przeznaczony na pomoc medyczną. Ze Lwowa do Szczecina jechaliśmy 17 dni Była to bardzo długa, trudna i męcząca podróż. Jechaliśmy jak zwierzęta. Po drodze pociąg zatrzymywał się parę razy. Podczas tych postojów zaopatrywaliśmy się w wodę pitną oraz żywność. Karmiliśmy i poiliśmy swoje zwierzęta. Maszynistami tego pociągu byli Ukraińcy – ludzie bez poczucia jakiejkolwiek delikatności. Swoim prowadzeniem pociągu wyrządzali ludziom wiele krzywd. Nagłe hamowania, szarpania i ruszenia pociągu doprowadzały do skaleczeń np. skrzynie, które były ustawione piętrowo, spadały na ludzi, w tym również dzieci. W wagonach panował straszny ścisk i bród. Po 17 dniach dotarliśmy na stację Stargard Szczeciński, następnie znaleźliśmy się na stacji Gryfino i stamtąd dopiero przyjechaliśmy na stację Szczecin Zdunowo. Po otwarciu drzwi wagonów, zaczął się płacz, lament i rozpacz za naszą ojcowiznę i za naszym kochanym Lwowem. Wokół pustka, łąki, lasy i zaniedbane domy. Na stacji Szczecin Zdunowo spędziliśmy jeszcze dwie doby. Nikt nie dał nam żadnego schronienia. Musieliśmy sami szukać sobie mieszkań. Pierwszy mój dom mieścił się przy ulicy Mickiewicza (dzisiaj Fiołkowa). Po dwóch tygodniach poszukiwań innego gospodarstwa rolnego, przeprowadziliśmy się do domu przy ulicy Wincentego Witosa (obecnie ulica Bałtycka). Domy były bardzo zniszczone w czasie działań wojennych. Wymagały gruntownych remontów. Jedynym źródłem utrzymania, było pięciohektarowe gospodarstwo rolne. Razem z mężem ciężko pracowaliśmy na roli. Byliśmy zobowiązani zdawać dla państwa obowiązkowe dostawy tj. 125 kg mięsa, 10 metrów ziemniaków.
Mimo ciężkich czasów wigilię i święta Bożego Narodzenia, starałam się przygotować według tradycji wyniesionych z domu rodzinnego. Oprócz opłatka były również tradycyjne potrawy tj.:
– kutia – głównymi składnikami są: pszenica, mak, miód i bakalie;
– kulebiak – głównymi składnikami są grzyby i kapusta;
– pierogi ruskie.
Również tradycja wymagała, aby ojciec, jako najstarszy w rodzinie, smarował chleb miodem, kładł na to opłatek i zanosił zwierzętom do „ chliwu”.
Oto wspomnienia p. Katarzyny Jastrzębskiej związane z wojną polsko-ukraińską 1918 roku :
„Wojska rosyjskie zajęty naszą wieś – Rzęsną Polską. Rodzice razem ze mną i moim rodzeństwem chowali się w piwnicy. Głód był niesamowity. Utworzono komitet wojenny, który rozdawał deputaty żywnościowe. Moi rodzice mieli gospodarstwo rolne i z jego dochodów utrzymywali naszą rodzinę. W bardzo ciężkich warunkach doczekaliśmy roku 1918; i wtedy wybuchła wojna polsko-ukraińska. 1 listopada 1918 r. – we Lwowie władzę objęli Ukraińcy. Na okoliczne wioski padł strach. Grupy Ukraińców, często pod hasłami: „będziem bić, będziem rżnąć nożem i tak swojej Ukrainie dopomożem” dokonywały napadów. Lwowa broniły dzieci szkolne i tak narodziła się legenda „orląt lwowskich”. Polskie wojsko przybywające ze strony Przemyśla z pomocą, odbiło Lwów. 22 listopada miasto Lwów – Semper Fidelis (zawsze wieczny) znalazła się w rękach Polaków”.
Orlęta Lwowskie to najmłodsi obrońcy Lwowa, gimnazjaliści i studenci, którzy w dniach od 1 do 21 listopada 1918 r. wystąpili przeciw ukraińskiemu wojskowemu zamachowi stanu. Wraz z ofiarną ludnością cywilną bronili swojej ojcowizny, swych domów, szkół i fabryk. Powstali do walki nieprzygotowani, z gołymi rękami i początkowo bronili się samotni. Rozkaz pomocy Polakom wydał Naczelny Wódz odradzającej się Rzeczypospolitej- Józef Piłsudski. 19 listopada ruszyła z Przemyśla odsiecz pod dowództwem ppłk. M. Karaszewicza- Tokarzewskiego, która liczyła 140 oficerów, 1228 szeregowych, 8 armat, 79 wozów i 507 koni. Rano 22 listopada 1918 r. cały Lwów był już w rękach polskich. Do 20 listopada w obronie Lwowa wzięło udział 6022 obrońców, w tym: 244 dzieci w wieku do 14 lat i 1134 osoby w wieku 14-17 lat. W 1919 r. w hołdzie wszystkim poległym Obrońcom mieszkańcy Lwowa wybudowali Cmentarz Mauzoleum. Dnia 22 listopada 1920 r. Józef Piłsudski osobiście uhonorował miasto Krzyżem Virtuti Militari.
Czyn Orląt Lwowskich jest dla nas przejawem najpiękniejszym czystego bohaterstwa i heroicznego poświęcenia dla Ojczyzny. Był to niesłychanie ważny moment wychowawczy, pedagogiczny dla całych pokoleń dzisiejszej i przyszłej młodzieży. To wielki przykład, który ma nauczać patriotyzmu, poświęcenia i żołnierskiego hartu. Ma porywać ku naśladowaniu, nawet teraz we współczesnej rzeczywistości, w dobie globalizacji- bronić tego, co Polskością uznajemy.
Magdalena Jakubowska
MOJE MIEJSCE NA ZIEMI – HISTORIA POWOJENNEGO WIELGOWA
Szkoła: Gimnazjum Nr 31 w Szczecinie
Opiekun: mgr Teresa Staranowicz
Data wykonania: 20 listopada 2000 r.
… Stacja Augustwalde. Przeraźliwy pisk kół hamującego pociągu… Otwarto drzwi. W głębi wagonów spłoszone spojrzenia ludzi- pierwszy transport przesiedleńców, zaledwie garstka. To jednak wystarczyło, aby zapoczątkować powojenną historię polskiego Wielgowa.
Rok 1945 był dla Polaków okresem zarówno szczęśliwym, jak i pełnym wyrzeczeń, ale na pewno przełomowym. „Nareszcie koniec wojny. Teraz nadejdą lata spokoju”- myślało wielu naszych rodaków. I mieli rację, lecz ten spokój dla niektórych oznaczał wyjazd z rodzinnych stron. Musieli zostawić swój dobytek, miejsca, które chętnie odwiedzali, dotychczasowe przyjaźnie. W sercach tych ludzi zostały jednak żywe wspomnienia radośnie spędzonych chwil z dala od problemów, z jakimi później musieli się uporać. Przybywając do Wielichowa (dopiero w 1948 roku zmieniono nazwę na Wielgowo) czuli na pewno, że cząstka ich duszy pozostała w rodzinnych stronach. Mieli powody do smutku, ponieważ zastali tu pola, łąki i puste domy – jedynie parę budynków było zamieszkanych przez obywateli rosyjskich, którzy potem przenieśli się do swojego kraju. Powybijane szyby w oknach i nieprzyjazna atmosfera bijąca z uchylonych drzwi bynajmniej nie zapraszały nikogo do środka. Zdołali się mimo wszystko zaaklimatyzować dzięki silnej woli i świadomości, że w tych okolicach spędzą prawdopodobnie resztę swojego życia. Osadnicy (głównie warszawiacy) dostrzegli piękno tego osiedla i nie czuli się już tak bardzo zagubieni.
Podobnie było z dwoma następnymi transportami w 1946 r. Wyparci z własnych ziem przez Związek Radziecki zubrzanie zostali wysłani na północny zachód Polski do Wielichowa. Ich sytuacja była jednak lepsza, ponieważ przyjechali do wioski, gdzie już powoli zaczynało tętnić życie. Przesiedleńcy z Warszawy przyjęli ich serdecznie, jak swoich krewnych i zaczęli razem tworzyć szczęśliwą dużą rodzinę. Mimo, iż nigdy nie wybaczyli wyrządzonej im krzywdy, zrozumieli, że życie toczy się dalej i można być wesołym mimo mrocznej przeszłości. Tych ludzi złączył wspólny los. Razem z osadnikami z Zubrzy (m. in. z Drozdowskimi, Grabkowskimi, Adamskimi) przybył ks. kanonik Mieczysław Bryczkowski (1863 – 1947). W dniu przyjazdu odprawił mszę, gdyż akurat wtedy wypadała Niedziela Palmowa. To pierwsze w Wielgowie nabożeństwo długo pozostało w pamięci wszystkich. Niestety, kanonik zmarł rok po przyjeździe. Ksiądz Bryczkowski nauczał w małej, drewniano-murowanej kapliczce poniemieckiej. Wybudowano ją przy dawnej ul. Miczurina (obecnie ul. Ks. kan. M. Bryczkowskiego) obok dwóch rzędów wspaniałych kasztanowców. Był to kościółek ze schodami wejściowymi, niewielką plebanią i kolorowymi witrażami w oknach. Później został zburzony z braku miejsca dla wiernych. Dzisiaj pamiątką po nim są nagie kamienie wystające gdzieniegdzie z niskiego pagórka.
W Wielichowie zamieszkiwali coraz to nowi ludzie, głównie rolnicy. Zajmowali niektóre puste domy i uprawiali ziemię. Gdy osada miała już wielu mieszkańców postanowiono wybrać kogoś, kto dbałby o dobro wioski. Jednogłośnie obrano sołtysa. Wszystkie te wydarzenia skupiały się w Starym Wielgowie, czyli wsi ulicówce. Zabudowania mieściły się przy ul. Miczurina, Mickiewicza (dziś Fiołkowa). Obok parterowych domów mieszkalnych stawiano drewniane pomieszczenia gospodarskie. Do dziś zachowało się szesnaście budynków z czerwonej cegły krytych dachówką. Trzeba dodać, że Wielgowo powstało ponad 200 lat temu otoczone przez lasy Puszczy Goleniowskiej i należało prawdopodobnie do ziem Zakonu Cystersów. Nie posiada może bardzo bogatej historii, ale z pewnością potrafi zaciekawić kogoś, kto interesuje się rodzinnymi stronami.
Moje osiedle wyglądało kiedyś zupełnie inaczej. Jego centrum mieściło się w Starym Wielgowie, czyli dzisiejszej ul. Bryczkowskiego. W latach przyjazdu osadników głównym połączeniem ze stacją była brukowana ulica Wincentego Witosa (powstała w II połowie XIX wieku) – dziś Bałtycka – prowadząca przez pola i łąki. Obecnie właśnie tam jest nasze małe „centrum”. Wzdłuż wyasfaltowanej jezdni położono chodniki, a pierwszy sklep spożywczy powstał w 1947 r. W „Nowym Wielgowie” działa poczta, wędzarnia, apteka, gabinet dentystyczny, biblioteka, szkoła i oprócz tego około dziesięciu sklepów różnej branży. Tylko po ul. Bałtyckiej kursuje autobus nr 62, mamy siedem przystanków. Autobusy zaczęły dojeżdżać do Wielgowa w latach 1948- 1950. Prawie nikt nie posiadał jeszcze samochodów, więc wcześniej trzeba było poruszać się rowerami lub wozami zaprzężonymi w konie. Na początku życie w opuszczonej osadzie nie było łatwe. Przesiedleńcy mogli czuć się odcięci od świata, ponieważ nie było sposobu, aby skontaktować się z krewnymi, dopiero w latach ‘70- ‘80 podłączono im telefon. Niemcy opuszczając Wielichowo niszczyli co się tylko dało, np. wybijali szyby w oknach, psuli ogrodzenia, żeby uprzykrzyć innym życie. Zubrzanie i warszawiacy nie narzekali na ciężki los – mieli dostęp do prądu. Jak już wyżej wspomniałam w Wielgowie na początku mieszkali też Rosjanie (przed wojną również Niemcy). Niektórzy najbliżsi sąsiedzi spali w jednym domu obawiając się napadów i kradzieży z ich strony. Pomimo tych wszystkich niedogodności i lęków umieli się zorganizować i radzić sobie z przeciwnościami łącząc swoje siły.
Historia szkolnictwa w moim powojennym osiedlu sięga roku 1946. W tamtym okresie w Wielgowie nie było dość miejsca i funduszy na wybudowanie dużej szkoły. Osadnicy musieli się zadowolić niewielkimi pomieszczeniami. Warto zaznaczyć, iż tam, gdzie niegdyś istniały ośrodki edukacji, obecnie w większości znajdują się ważne dla wielgowian instytucje. Pierwsza szkoła znajdowała się w domu mieszkalnym (opuszczonym przez Niemców) nr 17 przy ul. Miczurina. Dzisiaj zajmują go dwie rodziny. Następnie na cele kształcenia młodzieży przeznaczono budynek nr 33 mieszczący się przy ul. Wincentego Witosa (obecnie ul. Bałtycka). Znajdowały się w nim cztery izby lekcyjne, pokój nauczycielski i kancelaria. Dyrektorem był Edward Janusz, a pierwszą nauczycielką Maria Chomińska. Niestety, nie było elektrycznego oświetlenia. Gdy budynek okazał się za mały dla stale zwiększającej się liczby uczniów, musiano przenieść się gdzie indziej. Do dziś funkcjonuje tam apteka. Trzecią z kolei szkołę umieszczono w piętrowym domu przy ul. W. Witosa nr 16. Potem powstało w nim nadleśnictwo, a teraz służy jako mieszkanie. Nie można było ciągle zmieniać miejsca nauczania, więc zaczęto myśleć o możliwości wybudowania nowego, dużego ośrodka będącego ostatecznym lokum szkolnictwa. W czasie, gdy zaczęto powoli wcielać plan w życie, na cele edukacyjne zagospodarowano w roku 1956 pomieszczenia budynku obecnej biblioteki. Znajduje się ona przy ul. Bałtyckiej nr 6. Dwa lata później, drugiego sierpnia rozpoczęto budowę nowej szkoły. I nareszcie! Oto na specjalnie przygotowanym placu stanął żółty budynek – Szkoła Podstawowa nr 13. Otoczono go siatką, zasadzono krzewy i drzewa. Wydzielono teren na boisko, bieżnię, skocznię w dal i ogródki, w których siano kwiaty, a nawet warzywa. Zebrane plony niesiono do kuchni, gdzie panie kucharki gotowały obiad i podawały w stołówce. Autorem całego przedsięwzięcia był pan Edward Dziedziak, pierwszy dyrektor placówki, który w 1982 r. (po 25 latach pracy) odszedł na emeryturę. Nowa szkoła (budynek nr 1a) mieściła jedenaście sal lekcyjnych, pracownię fizyczno-chemiczną, dwa pomieszczenia do zajęć praktyczno-technicznych, a oprócz tego szatnię, gabinet lekarski, świetlicę oraz dwupokojowe mieszkanie pana Dziedziaka. Instytucja prężnie się rozwijała, aż stała się wkrótce najważniejszym miejscem w osiedlu. Odbywało się tam wiele zajęć pozalekcyjnych przeznaczonych dla uczniów, m. in. koło rękodzielnicze, koło modelarstwa szkutniczego, drużyna ZHP, Spółdzielnia Uczniowska „Kopciuszek”, SKS (klub siatkówki oraz piłki nożnej), wypożyczalnia przyborów szkolnych i punkt krawiecki przeznaczony dla mieszkańców Wielgowa. Organizowane były „Akcje Rodzin Zastępczych”, podczas których bezpłatnie dożywiano i opiekowano się dziećmi zagrożonymi moralnie. Nie miano na uwadze wyłącznie dobra młodzieży. Starano się pomagać wszystkim i w tym celu istniały również zajęcia dla dorosłych, np. kursy dla analfabetów, rolników, szkoła wieczorowa dla pracujących. W „trzynastce” rozkwitła również edukacja kulturalna: organizowano koncerty, przestawienia teatralne dla mieszkańców. Cztery lata temu, w 1996 r. hucznie obchodzono nadanie szkole imienia „Orląt Lwowskich” na cześć młodych obrońców Lwowa i pięćdziesięciolecie jej istnienia. Na przestrzeni ćwierćwiecza szkołę ukończyło przeszło 2500 uczniów i uczennic. Miejmy nadzieję, że wielgowska szkoła będzie działała i kształciła przyszłe pokolenia jeszcze przez wiele lat!
Po śmierci księdza Bryczkowskiego do Wielgowa przyjechali inni kapłani: ks. dziekan Marcin Dokudowiec (1908- 1968) i ks. Jan Bejnarowicz (1931- 1968). Obaj pełnili swoją posługę w średniej wielkości drewniano-murowanym kościółku z salkami i plebanią. Zburzono go jednak, aby wznieść okazalszą świątynię z dzwonnicą. Plebanię i salki zachowano i funkcjonują do dziś. Wcześniej w tych pomieszczeniach odbywały się lekcje religii. Budowę nowego kościoła zaczęto w 1976 r., a wiechę postawiono już dwa lata później. Ścianę za ołtarzem ozdobiono olbrzymią mozaiką przedstawiającą św. Michała Archanioła na tle kosmosu. Można tam wyróżnić Słońce, gwiazdy i Ziemię. Do naszego osiedla zaczęli przybywać nowi księża, którzy nauczali w świątyni. Jednym z nich był ks. Stefan Pawlaczyk (1918- 1992) jeszcze do niedawna odprawiający msze dla wielgowian. Razem z księdzem Pawlaczykiem pojawił się u nas proboszcz Trus. Obecnie o kształcenie religijne dbają księża: Jacek Kochański, Gustaw Zając, Kazimierz Napierała. Dzisiaj, dzięki funduszom zebranym przez wiernych powoli wznosi się okazała plebania, w której już niedługo zamieszkają kapłani.
Na początku w Wielgowie nie funkcjonowała przychodnia. Dopiero później została zorganizowana przez jednego z lekarzy i obecnie jest przychodnią rodzinną. W sąsiedniej osadzie, tzw. „za przejazdem”, czyli w Zdunowie od ponad 85 lat istnieje szpital. Powstał w roku 1915 z pieniędzy złożonych w legacie przez Karkutschera, kupca szczecińskiego. Na początku w budynku znajdowało się około 260 łóżek, które były usytuowane na oddziałach damskim i męskim. Na terenie szpitala wybudowano pomieszczenia administracyjne oraz dla służby lekarskiej. Limit osób mogących przebywać pod opieką lekarzy wynosił 470 pacjentów. Szpital w latach sześćdziesiątych i osiemdziesiątych przeżywał swój największy rozwój, był wzbogacany w coraz to nowocześniejszą aparaturę. Obecnie zakład nosi nazwę Wojewódzkiego Szpitala Ftyzjo-Pulmonologicznego w Szczecine-Zdunowie i mieści wiele oddziałów, m. in. Kardiologiczny, urazowy. Od 1948 r. polscy lekarze wiernie służą chorym mieszkańcom Wielgowa, Zdunowa i Sławociesza, a także osobom z dalszych regionów. Porządkiem w Wielgowie zajmowała się milicja obywatelska, która za swoją siedzibę obrała budynek nr 22 przy ul. Bałtyckiej. Bez trudu można było dostrzec, że osiedle rozkwita.
W każdej większej dzielnicy istnieje cmentarzyk – miejsce oświetlone płomieniami zniczy, ciepłe od serdecznych modlitw wypowiadanych szeptem i zawsze tajemnicze. Idąc przez takie miejsce często widzimy zapadłe groby, zmurszałe krzyże, nieczytelne tabliczki. Groby, o których zapomniano. Groby smutne, ciche i proste… Największy urok mają wiejskie cmentarzyki zarośnięte trawą, otoczone mosiężnymi sztachetami płotu, bezimienne mogiły w kwiatach. Skłaniają do zadumy. W Wielgowie przy ul. Urodzajnej, wśród drzew oplecionych mocnym uściskiem bluszczu jest takie miejsce i ma swoją przeszłość. Prawdopodobnie nikt nie wie, kiedy powstał, gdyż pierwsi polscy osadnicy zastali tu nagrobki Niemców. Zlikwidowano je jednak i wywieziono do lasu. Niektórzy na tym zyskali, ponieważ sprzedali większość marmurowych płyt, figurek i posążków. Po paru latach cmentarzyk częściowo się zapełnił. Pochowano na nim wielu przesiedleńców oraz żołnierzy, którzy podczas wojny walczyli o włączenie do Polski ziem nad Odrą i Bałtykiem. Jako jeden z pierwszych pojawił się nagrobek ks. Bryczkowskiego.
Większość informacji wykorzystanych w mojej pracy uzyskałam od jednej z najstarszych mieszkanek Wielgowa – pani Anieli Raróg-Chomy. Przeprowadziłam z nią wywiad i dowiedziałam się wielu interesujących rzeczy o naszym powojennym osiedlu. Moja rozmówczyni przybyła tu 18 kwietnia wraz z drugim transportem, gdy miała trzynaście lat. Pochodzi z Lwowa (okolice Zubrzy). W tym roku obchodziła sześćdziesiąte siódme urodziny. Pani Aniela bardzo dobrze pamięta dzień swojego przyjazdu i atmosferę wtedy panującą, co opisuje tymi słowy:
„Gdy przyjechałam do Wielichowa w roku 1946, praktycznie nic tu nie było, tylko poniemieckie domy, ruiny oraz pola, lasy i łąki. Pusto, cicho, ładnie. Można było zajmować domy, jakie się komu podobały. Zastaliśmy tutaj jedynie garstkę osadników głównie z Warszawy, którzy zamieszkali w Wielgowie rok wcześniej. My zostaliśmy przesiedleni z Zubrzy. Wojsko rosyjskie postawiło nam warunek, że albo pojedziemy do Szczecina, albo na Sybir. Mój ojciec powiedział wtedy, iż na stare lata woli zamieszkać gdziekolwiek, byleby szczęśliwie. Nikt przecież nie chciał pracować przymusowo, a potem umrzeć w mękach z głodu i wyczerpania. Więc, gdy pociąg zatrzymał się na stacji tu, w Zdunowie, kazali jednym iść na Sławociesze, a drugim na Wielgowo. […] Zawsze było tu tak ładnie, odkąd pamiętam. Wszędzie kwitły kwiaty, zieleniły się drzewa. Pięknie, naprawdę. Wszyscy osadnicy się lubili, było wesoło. Nawet mieliśmy duże boisko do gry w piłkę nożną, na miejscu dzisiejszego przy ul. Wesołej. Co parę dni odbywały się mecze. To były, mimo wszystko, szczęśliwe lata, szybko zżyliśmy się z Wielgowem…”
Dziś moje osiedle to jedna z najbardziej zielonych dzielnic Szczecina, „oaza spokoju”. Mieszkańcy gwarnych miast chętnie do nas przyjeżdżają, aby odpocząć od codziennego zgiełku, odetchnąć świeżym powietrzem. Zdarza się, że całe rodziny urządzają sobie tu pikniki. Coraz więcej ludzi dostrzega piękno Wielgowa i buduje w naszym osiedlu domy. Co jakiś czas można zauważyć nowe dachy wznoszące się wśród drzew. Lasy okalające osiedle przyciągają tłumy grzybiarzy i zbieraczy jagód. Bardzo przyjemne są również spacery wśród pachnącej zieleni.
Osadnicy przyjechali tu pełni obaw, ale pokochali nowe miejsce – Wielgowo stało się ich domem. Również następne pokolenia tu urodzone kochają swoją miejscowość. To jest ich miejsce na Ziemi
Bibliografia:
1. Białecki Tadeusz, Turek-Kwiatkowska Lucyna. „Dzieje Szczecina”.
2. Kronika Szkoły Podstawowej Nr 13 w Szczecinie (1946- 1966).
3. Piskorski Czesław. Notatka dotycząca Wielgowa – materiały ze spotkania z autorem przechowane w gabinecie historycznym SP 13.
4. Wywiad z panią Anielą Raróg-Chomą.
Praca ta powstała na konkurs pod hasłem „Czy znasz swoje miasto, wieś, region” o nagrodę marszałka woj. zachodniopomorskiego. Została też doceniona – p. Magdalena otrzymała za nią wyróżnienie z rąk marszałka
Za udostępnienie dziękuję
NIC Z DZIEJÓW NARODU CO MIAŁO MIEJSCE, WYMAZAĆ SIĘ NIE DA”
W hołdzie najdzielniejszym dzieciom świata
Lwów był prastarym polskim i katolickim miastem, urzekająco pięknym, bogatym w zabytki, dzieła sztuki i ducha. Miastem „Semper fidelis”- zawsze wiernym, które najdzielniej broniło Polski. Lwów nigdy się nie poddawał. O jego mury rozbijały się najazdy Turków, Tatarów… Żyli tu obok siebie w zgodzie Polacy, Ukraińcy, Żydzi, szanując się nawzajem. Tak było do 1 listopada 1918 r. Tego dnia z rana Ukraińcy zajęli Lwów. Zaskoczeni Polacy natychmiast podjęli obronę. Niestety nie mogli liczyć na szybką pomoc z innych części kraju, bo wtedy jeszcze nie było niepodległej Polski. To nic, że mieszkańcy mieli niewiele broni, a jeszcze mniej doświadczenia, jak się z nią obchodzić. Najważniejsze, że były gorące serca pałające miłością do Ojczyzny. Ponieważ dorośli przebywali na innych frontach – wciąż trwała pierwsza wojna światowa – w zaszczytnym obowiązku walki o wolność i niepodległość postanowili zastąpić ich najmłodsi mieszkańcy Lwowa.
Do szeregów Obrońców pośpieszyły lwowskie dzieci, nazwane Orlętami. Dumne i wolne jak te królewskie ptaki…To oni rzucili hasło: Nie damy Lwowa! I ruszyli do walki z hasłem na ustach: Bóg, Honor, Ojczyzna. Niejedna matka wznosiła modły: „Boże, Uchroń moje dziecko. Pozwól mu żyć! Polsko, która ledwie do życia powstajesz- wspomóż!”
O bohaterskich dzieciach wkrótce powstały wiersze i piosenki.
Aby przypomnieć tamte wydarzenie i oddać hołd młodym, dzielnym obrońcom Lwowa (Patronom naszej szkoły podstawowej), biblioteka szkolna ogłosiła konkurs pod tytułem „Orlęta Lwowskie – to byli nasi rówieśnicy. Jak dziś mogę być bohaterem? Dzieci i młodzież napisały na ten temat piękne wiersze i prace. Najpiękniejsze prace opublikowane zostały poniżej. Zapraszamy do przeczytania.
PRACE,
KTÓRE ZWYCIĘŻYŁY
W KONKURSIE LITERACKIM ZORGANIZOWANYM PRZEZ BIBLIOTEKĘ SZKOLNĄ
„Orlęta Lwowskie” – to byli nasi rówieśnicy. Jak dziś zostać bohaterem?
W dzisiejszych czasach trudno zostać nazwanym „bohaterem”. Takie określenie zawsze kojarzyło mi się z osobą, która zrobiła coś niezwykłego dla świata, wniosła jakieś wydarzenie w historię swojego Narodu. Bohater to osoba bardzo odważna, dążąca do jakiegoś celu.
Osoba myśląca nie tylko o sobie, ale i o innych. Opierając się na Orlętach lwowskich, można powiedzieć, że bohaterem może zostać każdy, zwykły człowiek – mały i duży. Człowiek mający swoją rodzinę, marzenia, plany i potrzeby oraz nie mający niczego. Młodzi obrońcy Lwowa poświęcili się dla Narodu i pomimo młodych lat byli wielkimi patriotami. Przejmował ich los Ojczyzny, która była ich domem, czymś najważniejszym dla każdego. Można powiedzieć, że walka nauczyła ich dojrzałości i podejmowania trudnych decyzji. Dla licznych skończyło się to śmiercią. Orlęta lwowskie powinny być zawsze autorytetem dla osób zagubionych, które nie przejmują się losem swego kraju. Takim przykładem młodej osoby, która z własnej woli została bohaterem jest Brajan Chlebowski. Pięć lat temu zginął w pożarze na skutek zatrucia się tlenkiem węgla. Dzięki niemu, jednak przeżył jego ojciec i kilkudziesięciu mieszkańców bloku. Według mnie bohaterem może być też osoba, którą interesują sprawy szkolne, społeczne, jak i domowe. Nie musi to być super-bohater w rajstopach o nadprzyrodzonej mocy. Liczą się dobre chęci.
Bohaterem może być każdy z nas, w każdej sytuacji i w każdej dziedzinie życia.
Po zapoznaniu się z historią Orląt Lwowskich, które w mojej szkole są darzone szczególną pamięcią, wzbudza ona we mnie podziw i zachwyt dla małych bohaterów. Wyrażając pełen szacunek dla Orląt jestem przekonana, że mogę ich nazwać moimi bohaterami.
Żyjąc w dzisiejszych czasach, gdzie wojna jest mi znana tylko z podręczników, czasami mam wrażenie, że nie jestem w stanie sobie nawet wyobrazić ich desperacji w działaniu. Trudno mi jest pojąć jak można w ciągu kilku chwil przejść transformację i z dziecka stać się dorosłym. Żyjąc bez wody, jedzenia i ciepła bronić zaciekle Ojczyzny, gdzie stawką jest własne życie. Dzieci, które powinny być otoczone miłością przez dorosłych, same muszą się nimi stać, pozbywając się własnego dzieciństwa. Sama świadomość, że wychodzili do uzbrojonych żołnierzy, początkowo z gołymi rękami, jest dla mnie tak przerażające, że aż oczy napełniają się łzami. Porównując moje życie- kilkunastoletniej dziewczyny, z życiem moich rówieśników ze Lwowa, zaczynam doceniać ile tak naprawdę posiadam. Rzeczywistość, która mnie otacza, pozwala mi dorastać w sprzyjających warunkach. Coś, co wydawało mi się tak naturalne, nagle staje się wartością samą w sobie.. Poruszona historią, targana emocjami, dla wszystkich, którzy nie rozumieją tragedii owych czasów, zbudowałabym wehikuł czasu, aby choć na jeden dzień przenieść ich tam i posłuchać ich opinii po powrocie. Gdyby tak można było zmienić wszystkich, którzy mają wpływ na dzisiejsze stosunki międzynarodowe, to z pewnością na świecie panowałby pokój i nikomu nawet przez myśl by nie przeszło, by wszczynać kolejną wojnę. Mam nadzieję, że campo Santo, czyli miejsce święte, w którym spoczywają ciała moich Bohaterów, zostanie na zawsze miejscem wielkiej pamięci i szacunku, oraz zmiękczy ludzkie serca na stałe.
Heroizm moich bohaterów jest dla mnie tak trudny do opisania dlatego, że emocje najtrudniej jest przelać na papier. Składam hołd Orlętom Lwowskim, zapewniając o swoim szacunku wobec ich czynów, za ich wielkie poświęcenie.
Jak ty możesz zostać bohaterem?
Orlęta lwowskie to byli młodzi bohaterowie. Walczyli o naszą wolność i niepodległość kraju, mimo swojego młodego wieku. Myślę, że dziś też można być bohaterem, niekoniecznie walcząc na wojnach.
Bohaterstwo może się objawiać nawet w prostych czynnościach; w codziennej pomocy znajomym, w poświęcaniu się dla innych. Bohater to nie tylko Superman z peleryną ale i każdy z nas. Bohaterstwem można wykazać się broniąc kolegi w słusznej sprawie, bądź ratować go pomagając mu w nauce. Bohaterstwo to dość odważne i górnolotne słowo. Jednakże dla niektórych aby stać się bohaterem nie jest konieczna umiejętność przenoszenia gór. Dzisiejsze sytuacje i warunki panujące na świecie, skłaniają nas do udziału w różnych akcjach społecznych. Ze względu na klimat i biedę w Afryce, żyje się tam ciężko. Jednak właśnie my mamy szansę pomocy tym ludziom, nawet na odległość. Są na to różne sposoby; na przykład zorganizowanie koncertu charytatywnego dla biednych a zyski ze sprzedaży biletów przeznaczyć można właśnie dla nich lub część wpływów na chore dzieci w szpitalach. Wyciągnięcie pomocnej dłoni do ubogich w dzisiejszych czasach nie jest takie trudne, a zalezienie chętnych, którzy pomogą przeprowadzić taką akcję staje się coraz prostsze. Na szczęście z dnia na dzień powstaje coraz więcej stowarzyszeń i organizacji, w których działają ludzie, w których chęć niesienia pomocy innym jest ogromna. Największą w naszym kraju akcją charytatywną jest coroczna Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy. Od kilkunastu lat zbiera ona potrzebne fundusze, wspierając dzieci leczące się w szpitalach oraz finansując operacje i zakupując dla szpitali sprzęt pomagający w zabiegach i ratowaniu ludzkiego życia, jednocześnie poprzez takie działania podnosząc jakość medycyny w naszym kraju.
Każdy może być bohaterem niezależnie od wielkości swoich czynów – liczą się chęci i serce jakie się w to wkłada. Myślę, że warto pomagać, wystarczy tylko chcieć, tak jak Orlęta lwowskie.
Jak zostać bohaterem?
Myślę, że każdy chciałby zostać bohaterem, takim małym, albo takim dużym. Niestety uważam, że jest pewna niesprawiedliwość, ponieważ niektórych ogłaszają bohaterami za to, że strzelą gola na meczu a innych, że bronili Ojczyzny, tak jak Orlęta lwowskie.
Sami widzicie, że różnica jest wielka. Na pewno łatwiej zostać tym małym bohaterem i nie jest to wcale takie trudne. Opowiem więc parę ciekawych historyjek z życia codziennego, w których dowiadujemy się, że nasz kolega został „niby bohaterem”. Można nim zostać w różnych sytuacjach, na przykład jak uratujesz honor klasy i jako jedyny napiszesz test z matematyki na piątkę. Są i tacy, którzy przeprowadzą starszą panią przez ulicę, a ona powie wtedy „Jesteś prawdziwym bohaterem”. Możesz spotkać takich, co przeczytali w pięć dni lekturę i uważają, że dokonali czegoś wspaniałego. Jednakże to wszystko nie równa się z dużym bohaterem. Wielką odwagą możesz wykazać się tylko wtedy, gry sytuacja jest naprawdę trudna, a ty musisz zachować rozwagę. Są to takie chwile, kiedy na przykład twój kolega się topi, nie stoisz wtedy w miejscu i nie pytasz go co masz robić, tylko rzucasz się mu na ratunek. Kiedy go wyciągniesz, nie biegniesz przez całe miasto i nie krzyczysz, że jesteś bohaterem, bo wyciągnąłeś z jeziora topiącego się kolegę. Po prostu pytasz się go czy nic mu się nie stało i zaprowadzasz go do domu.
Możesz też zostać wielkim bohaterem, kiedy przyczynisz się do zaalarmowania straży pożarnej, gdy zauważysz unoszący się dym i ogień w miejscu zagrożenia życia ludzi lub środowiska, na przykład płonący las. Wtedy mógłbyś dostać nawet odznakę za taki wspaniały czyn. Jednak moim zdaniem szczytem bohaterstwa jest obrona Ojczyzny. Niewiele dzieci odważyłoby się na to, żeby dostać broń do ręki i iść z nią walczyć. Tak właśnie zrobili nasi rówieśnicy, zwani Orlętami lwowskimi. Właśnie z nich należy brać przykład.
Opisałem tylko niektóre przykłady z życia codziennego i własnych obserwacji, w których takie dzieci jak my, mogą zostać prawdziwymi bohaterami.
Mateusz Osojca kl.V SP 13
Orlęta Lwowskie
Delikatne kwiaty wrzosu,
Pola pełne złotych kłosów.
Tu trafiły Lwowskie Orlęta,
Bóg – Stwórca niech o nich pamięta.
Barwne kwiaty i motyle,
Ach! Owoców pysznych tyle!
W tych obłokach, tam nad nami,
Bóg opiekuje się Orlętami.
Wtem obłoki pociemniały,
Przeszłość Orląt ukazały.
Strach i ból na tym padole,
Krew i śmierć w oczy kole.
To wszystko już minęło,
Zło z tamtych lat zginęło.
Orlętom to zawdzięczamy,
Polską pieśń im posyłamy.
Emilia Szybka kl. VI SP 13
Teza: W dzisiejszych czasach możemy być bohaterami dbając o naszą Ojczyznę.
I wojna światowa miała ogromny wpływ na losy całego świata. Była niepojętym wyzwaniem dla dorastającej młodzieży. Dzieciństwo, które powinno być im dane, zostało brutalnie odebrane. Mimo braku ciepła domowego i normalnych warunków wychowania, okazali się oni niewiarygodnie odważną częścią społeczeństwa.
W 1918 roku lwowska młodzież z niezwykłą siłą stanęła w obronie swojego kraju. W skład oddziałów wchodzili: uczniowie, studenci, robotnicy, urzędnicy, chłopcy, a nawet dziewczęta. Ogromny patriotyzm bijący z ich serc odzwierciedlała nieprzeciętna postawa wojowników. Dzisiejszy kosmopolityczny świat wciąż dokładnie pamięta ich ogromne zasługi. Jednakże nasuwa się pytanie: czy dzisiejsza młodzież byłaby gotowa na tak bohaterskie poświęcenie, i jeśli tak – to w jaki sposób i w jakiej mierze by się to odbyło?
Współczesność jest ogarnięta falą hedonizmu egoizmu. Sto lat to bardzo długi okres, by świat całkowicie się zmienił. Kino, telewizja, Internet odbiły na nim swe piętno. Jednakże uważam, iż mimo często negatywnego wpływu mediów, i dzisiejsza młodzież może być bohaterska. Objawy takiego zachowania mogą przybierać rozmaite formy.
Jednym z aspektów, który mógłby być odbiciem czynów Orląt Lwowskich jest dbanie o Ojczyznę. Już od najmłodszych lat dzieci powinny być uczone patriotyzmu w swoich domach. Dbanie o Ojczyznę u małego dziecka to także pielęgnowanie otaczającej nas przyrody, gdyż ona jest naszym wspólnym dobrem. Kiedy dziecko rozpoczyna naukę w szkole, uczy się hymnu i należytej czci do niego. Wówczas rodzic powinien zadbać, by dziecko zrozumiało czemu tej pieśni należy się cześć i dlaczego należy ją znać. Opiekunowie mogą zabierać wychowanka do miejsc o dużej wartości historycznej. Dbanie o groby poległych za Ojczyznę wzbudzi poczucie obowiązku, a także pomoże kształtować moralność przyszłego obywatela. Wychowanie w duchu szacunku i umiłowania własnej Ojczyzny jest ważnym zadaniem wychowawczym rodziny i szkoły, zwłaszcza w dobie globalizacji. Bardzo istotnym elementem dbania o Ojczyznę jest również dbałość o język ojczysty. Posługiwanie się poprawną polszczyzną jest wyrazem szacunku dla własnego narodu.
Powyższe argumenty twierdząco odpowiadają na pytanie zawarte w pierwszym akapicie mojej pracy. Współczesna młodzież, mimo iż jest tak różna od Orląt Lwowskich, gdzieś głęboko w sercu zachowuje ducha patriotyzmu. W malutkich czynach stara się być bohaterem na miarę swego wieku. Myślę, że gdyby zaistniała potrzeba wzięcia udziału w ważnych dla kraju sprawach, uczniowie uczyniliby wszystko, co w ich mocy. Już dziś niezmiernie ważne jest, by wciąż zachowywać w pamięci czyny Orląt Lwowskich.
Orlęta Lwowskie to byli nasi rówieśnicy. Jak dzisiaj mogę być bohaterem?
Orlęta Lwowskie to inaczej określenie młodych obrońców polskiego Lwowa w latach 1918-1920, w czasie wojny polsko-ukraińskiej i polsko-bolszewickiej. Byli to uczniowie, studenci, robotnicy, urzędnicy…; chłopcy i dziewczęta, którzy chcieli wyzwolić swoje miasto spod władzy zaborców. Początkowo ochotnicy walczyli gołymi rękami, później – bronią zdobytą w walce. Od 1. do 11. listopada 1918 r. zginęło 439-cioro Polaków, w tym 12 kobiet. Byli oni bohaterami. Pomimo swojego lęku stanęli do walki z wrogiem i poświęcili swoje życie dla Ojczyzny.
Uważam, że w dzisiejszych czasach bohaterem może zostać każdy, bez względu na wiek czy płeć. Siła czy męstwo też nie są najważniejsze. O wiele ważniejsze jest serce i to, co możemy im dać od siebie. Liczy się jakimi jesteśmy dla innych i względem nich. Nie trzeba walczyć, by zostać bohaterem. Wystarczy ofiarować komuś coś, dzięki czemu ta osoba poczuje się lepiej, pewniej, bezpieczniej i co wywoła na jej twarzy uśmiech. Może to być pomoc, miłe słowo, czy gest. Walka z codziennymi problemami także jest wyzwaniem. Czasami jest to trudniejsze niż nam się wydaje. Dzięki życzliwości ludzi i chęci niesienia pomocy mamy satysfakcję z odniesionych rezultatów. Poprzez pokonywanie trudności nie dość, że możemy wywołać uśmiech na czyjejś twarzy, to sami stajemy się bardziej życzliwi, pogodni i uśmiechnięci.
Nasze pozytywne nastawienie stanowi źródło, z którego mogą czerpać inni ludzie. Uśmiech i radość pozwalają łatwiej iść nam przez życie. Mimo ogólnego zniechęcenia ludzi, większości trosk i zmartwień, ta odrobina uśmiechu i pozytywnych myśli, które możemy przekazać , jest przykładem bohaterstwa dnia codziennego. Może to być nasza wielka zasługa, a przez to możemy stać się bohaterami.
Orlęta Lwowskie to byli nasi rówieśnicy. Jak dzisiaj mogę być bohaterem?
Młodzi mieszkańcy Lwowa, którzy bronili miasta w listopadzie 1918 r. przed oddziałami wojsk ukraińskich, ochotnicy, którzy walczyli również z wojskami radzieckimi w 1920 r. W czasie wojny, w obronie swoich miast brali udział ochotnicy – chłopcy i dziewczęta, studenci i robotnicy. W walkach po stronie polskiej brało udział tysiące młodych ludzi, mniejsza część nie przekroczyła siedemnastego roku życia. Najmłodszy z Orląt Lwowskich miał dziewięć lat.
Lwów należał do Polski od czternastego wieku. W większości zamieszkanej przez polską ludność, Lwów był broniony przed Ukraińcami od pierwszego listopada do połowy 1919 roku. Z informacji, które posiadam, ostatnie Orlę Lwowskie – major Aleksander Sałacki zmarł 5. kwietnia 2008 roku, mając 104 lata.
Byli to młodzi ludzie, którzy dniami i nocami walczyli w obronie miasta, pomagali sobie wzajemnie. Historię Orląt Lwowskich poznałem po przeczytaniu artykułu z Internetu, w Wikipedii.
Po przeczytaniu tego tekstu było mi smutno, bo ginęły dzieci albo ich rodzice. W dzisiejszych czasach w moim kraju nie ma wojen. W porównaniu do tamtych czasów żyje się bardzo dobrze. Jestem chłopcem, który nie musi walczyć, mam swój dom i szkołę, mogę się normalnie bez strachu bawić. Oni nie mogli, kiedy była wojna. Nie mogę być takim bohaterem jak oni dlatego, że dzisiaj dzieci nie walczą, ale mógłbym być innym bohaterem. Mogę kiedyś w przyszłości zrobić dla kogoś coś dobrego, lub uratować komuś życie. Kiedy ktoś zasłabnie lub straci przytomność mogę zadzwonić po karetkę lub policję. W „Wiadomościach” o takich dzieciach mówią, że są bohaterami. Myślę, że gdybym uratował komuś życie, byłbym bohaterem.